|
|
22
VIII 2004 (55°08'43 N, 015°07'47
E)
Bornholm jest małą wysepką położona na morzu
Bałtyckim ok. 40 km od brzegów Szwecji i ok. 100 km od wybrzeży Polski
o powierzchni ok. 588 km2, należącą od 1660 r. do
terytoriów Dani. Liczy ona ok. 50 tyś. mieszkańców, których głównym
zajęciem jest uprawa roślin pastewnych, hodowla bydła, trzody
chlewnej, rybołówstwo oraz przemysł turystyczny. Dzięki swoim walorom
przyrodniczym: urozmaicony krajobraz (piaszczyste plaże, piękne
klify), dużo zieleni - Bornholm jest również zwany „perełką Bałtyku”.
Bardzo wielu turystów przybywa każdego roku na tą wyspę, aby
rozkoszować się jej naturalnymi urokami.
Pomysł wyprawy kajakowej na Bornholm zrodził się bardzo szybko i
spontanicznie. Pierwotnie marzyłem w tym roku o „konkretnej” długiej
paromiesięcznej wyprawie kajakowej po dzikich nieskażonych ręką
człowieka zakątkach naszej planety Ziemi. Niestety różne czynniki
odgórne niezależne ode mnie wprowadziły zamieszanie w moje zamierzenia
i stłumiły brutalnie moje szlachetne i ambitne plany wyprawowe. Udało
mi się tylko na początku lipca pokajakować parę dni w Kanadzie na
rzece Peace River, gdzie przepłynąłem samotnie od miejscowości Fort
St. John do Peace River. Z wielkim bólem w sercu opuszczałem wtedy tą
dziką rzekę, na której nie spotkałem ludzi a tylko wilki i
niedźwiedzie. Wróciłem do Polski, jednak cała sytuacją czynników
odgórnych sprawiła, że pod koniec sierpnia znowu miałem możliwość
wyruszenia na krótką wyprawę. Wybór padł na wyspę Bornholm -
niedaleko, w miarę tanio i na morzu. Na wyprawę wziąłem mego brata
rodzonego Artura i Piotrka Mozyro. Celem, który postawiliśmy przed
naszą ekspedycją jest opłynięcie dookoła kajakami tej pięknej wyspy.
Droga nasza na Bornholm przebiegała w sposób następujący. Starym moim
samochodem „Oplem Astra” dość mocno obładowanym przez nas, dwa
składane kajaki i inny ekwipunek niezbędny do wyprawy wyruszyliśmy 21
VIII 2004 r. z Sokółki przez Giżycko (gdzie wzięliśmy Piotrka) do
Kołobrzegu. W mieście tym zostawiliśmy na parkingu samochód i
następnie o godz. 6.30 rano 22 VIII 2004 r. wsiedliśmy na pokład
promu, który zmierzał z Kołobrzegu do miasta Nexo, położonego na
południowo-wschodnim wybrzeżu wyspy Bornholm. W czasie naszej
przeprawy promowej, która trwała ok. 6 godz. Bałtyk był trochę
wzburzony. Było od 6 do 7 w skali Beauforta. W związku z tym byłem
trochę zmartwiony o czystość naszego ekwipunku, który leżał na
pokładzie blisko toalety, co było niefortunnym jego umiejscowieniem,
bowiem prawie wszyscy turyści na promie opróżniali zawartości swoich
żołądki w niespodziewanym ataku choroby morskiej. Na szczęście tylko
jeden nasz pakunek zmoczyły troszeczkę czyjeś płyny wewnętrzne, reszta
była uratowana, czyli czysta. Po dopłynięciu do Nexo przenieśliśmy
nasz ekwipunek do portu jachtowego, który znajdował się bardzo blisko
przystani promowej, złożyliśmy kajaki, władowaliśmy jedzenie i inny
sprzęt do ich wnętrz i ok. godz. 16.30 wyruszyliśmy „via !!!” w nasz
rejs dookoła Bornholmu.
Artur i Piotrek płyną w starym trzyosobowym kajaku
rosyjskim, który ma już na swym koncie wiele wspaniałych wypraw i
tysiące kilometrów za sobą (Lena w 2003 r., Alandy w 2002 r., Krym i
Bajkał w 2001 r.). Jest on już „weteranem”, ale jest zarazem
sprawdzony w wielu już warunkach wodnych. Jego wygląd i łaty na
burtach wybitnie świadczą o jego ekspedycyjnych bojach. Ja natomiast
płynę sam w nowym kajaku „Ładoga II” firmy rosyjskiej, „Triton”, który
kupiłem parę miesięcy temu. Jest to prawdopodobnie aktualnie
najdłuższy dwuosobowy składany kajak na świecie (6 m. długości i 80 cm
szerokości). Jestem bardzo ciekawy, jak będzie on sobie radził na
morzu, a szczególnie w trudnych sztormowych warunkach.
Wypływając z portu jachtowego w Nexo zauważyliśmy wśród
wielu jachtów głównie z banderami krajów skandynawskich także polski
jacht „Antiqa”. Wiatr mieliśmy dość silny wiejący z
południowego-zachodu. Postanowiłem spontanicznie, kierując się
warunkami wietrznymi dnia dzisiejszego, że nasze opływanie Bornholmu
zaczniemy od obrania kursu na północ wyspy, czyli odwrotnie do
wskazówek zegara. Pierwsze momenty płynięcia to radość z wiosłowania
oraz euforia kontaktu z morzem. To było to czego brakowało mi szalenie
od wielu miesięcy dla uzyskania spokoju ducha. Fale, wiatr, bezkres
morza – smak wolności i przygody. Kajak mój płynął dobrze, z wyjątkiem
tego, że nie wziąłem na wyprawę do niego steru, przez co miałem
kłopoty przy silnym wietrze z jego równym prowadzeniem do wyznaczonego
celu. Parę razy przy robieniu „ścinki” wyszedłem zbyt daleko w morze,
gdzie wiatr i fale były większe. Mimo największych chęci, sił
włożonych w wiosłowanie nie potrafiłem utrzymać kursu w linii prostej
do wyznaczonego celu. Kajak mój był trochę niesterowny przy tym silnym
bocznym wietrze i fali. Coraz bardziej byłem spychany w morze. W
sytuacji tej nie pozostawało mi nic innego, jak tylko ustawić się
prostopadle, dziobem pod falę i płynąć prawie do samego brzegu, gdzie
wiatr tak nie wiał, przez co robiłem nie potrzebne kilometry. Jeśli
zaś chodzi o Artura i Piotrka poruszali się dość sprawnie w tych
warunkach. Jedynym ich kłopotem było szybkie nabieranie wody do swego
kajaka, na skutek fal, które przelewały się od czasu do czasu przez
ich kajak, pryskania wiosłami, oraz pewnie też od starości „weterana”.
Mimo jednak drobnych trudności płynęło się nam bardzo fajnie. Kiedy
już zaczynało ciemnieć znaleźliśmy wśród małych skalistych klifów
maleńką zatoczkę w zaciszu której rozbiliśmy na półce skalnej nasz
namiot. Nad nami migotały tysiące gwiazd, zaś szum morskich fal nucił
nam swoją kołysankę, która szybko nas pogrążyła w zdrowym śnie.
Płynęliśmy w tym dniu ok. 4 godz.
23 VIII 2004 (55°17'48
N, 014°45'45 E)
Zbudziły mnie promienie słoneczne, które przebijały się
przez ścianki namiotu. Wykąpałem się w małej zatoczce, nurkując
podziwiałem się jej podwodny świat. Woda nie była zbyt ciepła, tak
więc trudno było zbyt długo w niej wytrzymać, ale mimo to warto było
przez chwilę popodziwiać ten głębinowy świat.
Nie śpieszyliśmy się ze startem na wodę rozkoszując się
urokami naszej samotnej skalistej zatoczki w świetle pięknego poranka.
Wypłynęliśmy ok. godz. 12.00. Mieliśmy silny wiatr z
północnego-wschodu. Kurs obraliśmy na miejscowość Gudhjem. Z wiatrem
wiejącym prawie prosto w twarz bardzo wolno poruszaliśmy się do
przodu. Mój kajak pokonywał fale bez żadnych przeszkód. Woda od czasu
do czasu przelewała się po wierzchu kajaka, ale był on zbyt długi i
szczelnie zakryty, aby coś do niego weszło. Gorszą sytuację mieli
Artur i Piotrek. Kajak ich cięższy, krótszy i dziób jego wchodził
głęboko w wodę. W związku, z czym nie mogli płynąć zbyt szybko, bowiem
zbyt dużo wody wchodziło im do kajaka. Artur, który siedział na
przodzie kajaka był całkowicie mokry. Piotrek od czasu do czasu
wylewał wodę z kajaka w trakcie płynięcia. Po ok. 4 godzinach
wiosłowania dotarliśmy do Gudhjem. Zrobiliśmy tam krótki odpoczynek na
klifach za miastem i ruszyliśmy dalej. Wiatr popołudniowy nie był już
tak silny, wobec czego morze już tak nie falowało. Spokojnie
płynęliśmy do najbardziej na północ wysuniętego punktu Bornholmu. Po
naszej lewej stronie roztaczały się w oddali na brzegu małe miasteczka
i małe klify tego północno-wschodniego wybrzeża wyspy. Przy
zachodzącym słońcu minęliśmy najbardziej skrajny północny punkt
Bornholmu. Namiot rozbijaliśmy już prawie w ciemnościach na jakimś
bardzo małym skrawku zielonej łączki otoczonej dookoła małymi klifami
i głazami, już na północno-zachodnim wybrzeżu wyspy w okolicy zwanej
Hammeren.
Wiosłowaliśmy dzisiaj sumie ok. 7,5 godz.
24 VIII 2004
(55°04'12 N, 014°44'00 E)
Budzi nas silne poranne słońce. Powoli pakujemy się i wyruszamy w
dalszy rejs. Po ok. 20 minutach od startu wyłaniają się przed nami
cudowne klify. Przepiękne bryły skalne, pionowo wiszące nad wodą,
poszczępione od wiatrów sztormów witają nas w blasku promieni
słonecznych. Płyniemy bardzo wolno prawie koło samych klifów
podziwiając te cuda natury. Od czasu do czasu wpływamy w skalne
zatoczki między ostrymi klifami. Szum fal, strome ściany skał
rzeźbione tysiącami lat przez morskie żywioły – to jest to. Jednym
słowem pięknie. Na jednym wzgórzu w oddali widzimy dostrzegamy ruiny
starego zamku. Podpływamy do niego. Spostrzegamy na dole jakąś małą
jaskinię wśród klifów. Wpływamy w nią. Niestety nie ma ona jakiegoś
podziemnego połączenia z zamkiem. Po południu wiatr zmienia kierunek.
Zaczyna nam wiać prawie prosto w twarz. Bardzo ciężko jest nam
poruszać się do przodu. Fale na tyle są wysokie, że wystarczą, aby raz
po raz rozbijać się o mój tors. Gorszą sytuację ma kajak Artura i
Piotrka, który powoli, systematycznie napełnia się im wodą. Piotrek
wylewa, więc co chwila wodę z niego, a Artur w tym czasie wiosłuje do
przodu. Z moim kajakiem natomiast nie jest tak źle. Bardzo ładnie
płynie w takich warunkach. Od miejscowości Hasle krajobraz zaczyna się
zmieniać. Staje się coraz bardziej płaski. Znikają klify, pojawiają
się piaszczyste plaże. Piotrek w trakcie płynięcia podpierając się o
starą drewnianą lewą burtę kajaka łąmie ją. Kajak ich jest już nieźle
dobity. W czasie krótkiej przerwy na jakiejś plaży dostrzegam w ich
kajaku parę dziur. Jednym słowem jest on już kajakiem „weteranem” w
pełni tego słowa znaczeniu. Około godz. 20.00 zarządzam lądowanie na
jednej z plaż. Robi się już dość ciemno. W oddali widać czarne chmury
z piorunami idące w naszym kierunku. Rozbijamy namiot.
Wiosłowaliśmy dzisiaj ok. 7 godz.
Ok. godz. 22.00 weszła na nas pierwsza dawka deszczu.
Lało całą noc, czasami dość intensywnie. Piotrek miał pecha. Po jego
stronie namiotu, w której drzemał utworzył się mały strumień, który
zrobił mu pobudkę w środku nocy. Śpiwór Piotrka był mokry. Piotrek
został zmuszony poprzez sytuację do wyjścia z namiotu i lepszego
uszczelnienia namiotu od jego strony od deszczu. Dałem mu swego polara,
aby nie zmarzł zbyt w nocy.
25 VIII 2004
Rano nadal sztorm. Ciemne chmury wędrują z północnego zachodu. Na
morzu zbyt silny wiatr i wielkie, częste białe grzywacze z hukiem
łamiące się koło brzegu. Warunki są zbyt poważne, aby ryzykować
wypłynięcie, szczególnie jeśli chodzi o „weterana”. Czekamy na zmianę
pogody. Jesteśmy rozbici na piaszczystym małym cypelku, ok. 4 km. za
największym miastem na Bornholmie – Ronne. W oddali widać wejście do
portu do tego miasta. Bardzo niedaleko nas znajduje się lotnisko,
bowiem samoloty od czasu do czasu przelatują bardzo nisko nas naszymi
głowami.
26 VIII 2004
Nadal sztorm. Ciemne chmury wciąż wędrują
nad nami. Warunki morskie podobne do wczorajszych – huk białych fal i
silny wiatr. Ciężko jest mi już usiedzieć w namiocie, bowiem na mój
gust da się od biedy płynąć w takich warunkach. Jednak problemem jest
kajak Artura i Piotrka. „Weteran” jest trochę dziurawy, ma połamaną
jedną burtę i pewnie już przy starcie bardzo szybko mógłby pójść na
dno. Nie chcę ryzykować zbyt ich bezpieczeństwa, dlatego nadal
czekamy, choć z drugiej strony chciałobym mocno już z znowu być na
wodzie.
Po południu dla urozmaicania sobie czasu
wymyśliliśmy sobie grę w golfa plażowego. Jako piłeczka służył kamień,
zaś do uderzenia jego znaleźliśmy jakiegoś rybackiego drągala, który
służył wcześniej jako boja. Oczywiście w mistrzostwach tych mistrzem
został kapitan.
27 VIII 2004
Nadal sztorm, chociaż rano fale i wiatr wydają się mi być trochę
mniejsze. Decyduję się na start. Ok. 8.00 godz. karzę chłopakom
pakować się do wypłynięcia. Pierwsi startują Artur i Piotrek, bowiem
to od ich powodzenia przeprowadzenia „weterana” przez przybrzeżne fale
i dalszego utrzymania się na wodzie w takich warunkach będzie zależało
nasze płynięcie do przodu. Fale przelewają się po Arturze i Piotrku.
Woda z kolejnej uderzającej fali raz po raz wypełnia ich kajak. Kiedy
myślałem już, że prawie się im udało, widzę, jak ok. 20 m. od brzegu
nie wiadomo mi dlaczego odwracają nagle swego „weterana” bokiem do
spadającej białej grzywy. Udaje się im utrzymać jeszcze na wodzie po
tym uderzeniu. Niestety druga fala bez większych problemów pochłania
ich wywracając do góry dnem ich kajak. Wynorkowują spod wody. Na
szczęście woda tam nie jest jeszcze zbyt głęboka, sięga im tylko po
szyje. Ciągną przewrócony kajak do brzegu. Pomagam im szybko wypakować
zawartość kajaka z ich rzeczy i wody. Okazuje się, że nic z ekwipunku
nie zatonęło. Chłopcy opowiadają mi, że przechodząc przez kolejne
białe grzywacze ich kajak nabierał coraz więcej wody do swego wnętrza.
W końcu było jej tak dużo, że postanowili zawrócić do brzegu. W
trakcie zawracania boczna fala ich uderzyła i wywróciła. Po tej
pierwszej nieudanej próbie startu chciałem, aby chłopaki spróbowali
jeszcze raz, bowiem na mój gust to odwrócenie się burtą do fal
niedaleko od brzegu było główną przyczyną porażki, a nie woda, którą
mieli w kajaku. Niestety w trakcie przygotowania się do następnej
próby zaczęły się bardzo szybko pogarszać warunki atmosferyczne.
Zrobiło się dość chłodno, wiatr zaczął mocniej wiać i morze bardzo
szybko usiało się gęstymi dużymi białymi falami. Postanowiłem, więc
bez wahania znowu rozbić namiot na tym samym miejscu, gdzie był
rozbity przez ostatnie dni. Po popołudniu zrobiło się jeszcze
chłodniej, zaczął padać deszcz, a grzywiaste fale przeszły jeszcze w
silniejszy sztorm, niż był w ostatnich dniach. Pod wieczór tak się
wszystko rozszalało, że fale zatrzymywały się prawie przed samym
namiotem. Zrobiliśmy z kamieni i piasku małą ochroną fosę koło
namiotu, w obawie przed jeszcze większymi falami.
Kiedy wreszcie skończy się ten sztorm? Mija
już 3 dzień, jak nie możemy wypłynąć.
28 VIII 2004
W
nocy był bardzo silny wiatr. Za ścianek namiotu słychać było wycie
wiatru i huk rozbijających się blisko nas fal. Rano nadal wiało,
jednak siła sztormu osłabła. Sytuacja przedstawiała się podobnie jak w
poprzednich dniach. Ciemne chmury wędrujące nad naszymi głowami, białe
grzywacze fal i mocny wiatr. Wyglądało to tak, jakby ten sztorm miał
się nigdy nie skończyć. Nie miałem już sił, aby przesiedzieć znów
kolejny dzień w oczekiwaniu na przejście tego sztormu, który
prawdopodobnie będzie trwał jeszcze wiele dni. Zbudziłem chłopaków
kazałem się im pakować. Po ich twarzach widziałem, że są niezbyt
chętni do startu. Sceptycznie patrzyli na ten pomysł. Tym razem jednak
bardzo mocno chciałem, aby się wszystko udało pomimo białych
grzywaczy. Przygotowaliśmy oba kajaki do wypłynięcia. Artur i Piotrek
weszli do swego kajaka. Szczelnie pozamykali wszystkie szczeliny z
góry. Ja w tym czasie stałem w wodzie próbując utrzymać ich kajak
dziobem do fal. Czekaliśmy przez jakiś moment na moment najbardziej
odpowiedni, aby móc się w miarę szybko i bezpiecznie przebić się przez
łamiące się ok. dwumetrowe ściany grzywaczy. W końcu wypchnąłem ich
dając sygnał do startu. Chłopaki wiosłowali, co sił w rękach, byle
tyle znaleźć się jak najszybciej za strefą spadających ścian wody.
Moment był wyśmienity. Krótka chwila ciszy. Udało się. Żaden większy
grzywacz ich nie uderzył. Z odległości ok. 50 m. dali mi sygnał, że
wszystko „okey”. Teraz była kolej na mnie. Wszedłem do mego kajaka.
Założyłem bardzo szczelnie fartuch i ruszyłem „wpierod” na żywioł. Nie
czekałem i nie dbałem o odpowiedni moment do startu. Byłem pewien, że
mój sześciometrowy kajak przejdzie te łamiące się „dwumetrówki” bez
większych przeszkód. Uderzyły we mnie cztery razy potężne ściany wody.
Woda przelewała się przeze mnie i kajak. Zgodnie z moimi
przewidzeniami mój kajak bez większych problemów pokonał tę barierę.
Byłem szczęśliwy, że się nam udało wreszcie wystartować, przebić się
przez tą białą barierę, ale to był dopiero początek. Przecież warunki
są sztormowe. Ruszyliśmy do przodu. Płynąłem bardzo niedaleko kajaka
Artura i Piotra, bowiem warunki były poważne. Ruchome trzy,
czterometrowe pagórki fal to wyrzucały nas na swoje szczyty to rzucały
na swoje dno. Woda bardzo często przelewała się przez główny fartuch
mojego kajaka i od czasu do czasu uderzała we mnie. Było to
spowodowane faktem, że kajak mój nie posiada żadnych burt, ale fakt
ten wcale nie osłabiał walorów tego sprzętu. Wiatr wiał z północnego
zachodu, dzięki czemu w miarę sprawnie poruszaliśmy się do w kierunku
południowego skrawku Bornholmu. Warunki naprawdę były ciężkie. Nie
było żadnej mowy o uwieńczeniu tych chwil na kamerę lub kliszę aparatu
fotograficznego. W trakcie płynięcia zdjąłem na bardzo krótką chwilę
przód mego fartucha w celu wyjęcia spod nóg batonika „sinikersa”.
Nagła niespodziewana fala uderzyła we mnie wchodząc szczodrze przez
ten otwór do wnętrza mego kajaka. Miałem nauczkę, że w takich
warunkach nie można się bawić zbyt w otwieranie choćby na chwilę luku
od fartucha. Artur i Piotrek mają w swym kajaku drewniane burty,
dzięki czemu nie przelewa się po ich górze kajaka zbyt często woda.
Muszą bardzo natomiast uważać, aby nie dać się zaskoczyć jakiemuś z
znienacka grzywaczowi. Do tego kajak ich jest już prawdziwym
„weteranem” i dość szybko gromadzi w sobie wiele wody. Piotrek od
czasu do czasu wylewa z niego parę litrów wody, podczas gdy Artur
czuwa nad dobrym prowadzeniem kajaka. Płynę jednak bardzo blisko ich
gotowy w razie czego przyjść im z pomocą. Najgorsze do pokonywania są
miejsca niedaleko półwyspów, bowiem wiatr i fale są tam największe.
Wiedziałem, że musimy płynąć bez odpoczynku aż do samego
południowo-zachodniego krańca wybrzeża Bornholmu. Warunki są takie, że
nie mamy żadnych szans na wcześniejsze wyjście na ląd i odpoczynek,
zanim nie osiągniemy południowo-wschodnią część Bornholmu, chowając
się w ten sposób od sztormu. Dotarcie do tego najbardziej skrajnego
południowego punktu wyspy zajęło nam w tych warunkach ok. 4 godz. Po
wpłynięciu na wschodnie wybrzeże Bornholmu fale stały się dużo
mniejsze i siła wiatr wyraźnie osłabła. Wszyscy chcieliśmy odpocząć,
ale z nawyku wytyczałem na miejsce odpoczynku półwysep, który był
oddalony od nas jeszcze ok. 4 km. Po dopłynięciu tam odpoczęliśmy ok.
10 min. W trakcie krótkiego odpoczynku mieliśmy dylemat, czy biwakować
na tym miejscu całą noc, czy też płynąć dalej. Była godzina 16.00 i do
promu, który odpływał z Nexo do Kołobrzegu mieliśmy jeszcze jedną
godzinę lub półtora. Nikt z nas nie pamiętał dokładnej godziny
wypłynięcia promu do Polski. W oddali widniała jakaś miejscowość. Nie
byliśmy jednak do końca pewni, czy to Nexo, czy też nie. Zdecydowałem
jednak, że ryzykujemy, płyniemy, spróbujemy zdążyć na prom. Do
miejscowości tej mieliśmy ok. 50 minut wiosłowania. Wpłynęliśmy do
niej ok. 17.05. Wpływając do portu ujrzałem polski prom zakotwiczony
jeszcze w nim. Podpłynąłem do niego. Jakiegoś starszego pana stojącego
na nabrzeżu spotkałem, o której dokładnie godzinie wypływa ten prom?
Odpowiedział mi, że za 20 minut. Dodał, że jest to już ostatni prom,
który płynie w tym sezonie do Kołobrzegu. Akcja potoczyła się
błyskawicznie. Wysłałem Piotrka do kapitana promu z zapytaniem, czy
weźmie na pokład całe niezłożone kajaki? Piotrek wrócił biegiem
oznajmiając nam, że tak. Wyjęliśmy kajaki z wody, przenieśliśmy do
burt promu. Z pomocą bardzo kulturalnej i uczynnej załogi promu
wpakowaliśmy nasze kajaki i bagaże na drugie piętro promu. Byliśmy
prawie cali mokrzy od stóp do głowy, od siedzenia w wodzie, która
zapełnia dość obficie nasze kajaki w dniu dzisiejszym, jak i fal,
które pryskały nas z góry podczas wiosłowania. Wyglądaliśmy, więc dość
egzotycznie: mokrzy brudni, nieogoleni. Urzędnik duński kontrolujący
paszporty nie chciał nawet oglądać naszych paszportów wpuszczając nas
bez żadnej kontroli na pokład promu.
Nie wiem, nie wszystko się mieści w naszej
racjonalności. Całe to zdarzenie z naszym przejściem sztormu i
zdążeniem na prom można różnie interpretować: przypadek, cud. Wszystko
zależy od naszych aksjomatów pierwotnych, według których patrzymy na
rzeczywistość. Człowiek próbuje zrozumieć otaczającą rzeczywistość.
Odczytać jej znaczenie. Znaczenie świata, jak i swego życia. Dla mnie
wyprawa na Bornholm to czas odpoczynku – rekolekcji. Znowu namacalnie
odczułem Opatrzność Bożą w mym życiu. Wiara daje inne spojrzenie na
świat i swoje życie. Przypadek jest chyba tylko naszą niewiadomą
widzianą przez okulary naszego obramowanego rozumu. U Stwórcy całego
wszechświata, który tak niesamowicie i tak arcy-racjonalnie uczynił
wszechświat, że wszyscy myśliciele, naukowcy, krok po kroczku brodzą w
historii myśli ludzkiej, aby odczytać małe skrawki jego tajemnicy nie
ma przypadków. Przypadek jest tylko naszą nieznajomością. Największemu
Sponsorowi, który udzielił nam wszystkich niezbędnych środków do
realizacji i przeżycia tej wspaniałej przygody Bornholmskiej składamy
nasze szczere ukłony i podziękowania.
X Darek
|