Relacja z wyprawy ks. Dariusza Sańko

        BORNHOLM  (od 21.VIII.2004 do 29.VIII.2004)

 

  

   Pobierz

  pamiętnik

      

      

22 VIII 2004 (55°08'43 N, 015°07'47 E)

         Bornholm jest małą wysepką położona na morzu Bałtyckim ok. 40 km od brzegów Szwecji i ok. 100 km od wybrzeży Polski o powierzchni ok. 588 km2, należącą od 1660 r. do terytoriów Dani. Liczy ona ok. 50 tyś. mieszkańców, których głównym zajęciem jest uprawa roślin pastewnych, hodowla bydła, trzody chlewnej, rybołówstwo oraz przemysł turystyczny. Dzięki swoim walorom przyrodniczym: urozmaicony krajobraz (piaszczyste plaże, piękne klify), dużo zieleni - Bornholm jest również zwany „perełką Bałtyku”. Bardzo wielu turystów przybywa każdego roku na tą wyspę, aby rozkoszować się jej naturalnymi urokami.

         

            Pomysł wyprawy kajakowej na Bornholm zrodził się bardzo szybko i spontanicznie. Pierwotnie marzyłem w tym roku o „konkretnej” długiej paromiesięcznej wyprawie kajakowej po dzikich nieskażonych ręką człowieka zakątkach naszej planety Ziemi. Niestety różne czynniki odgórne niezależne ode mnie wprowadziły zamieszanie w moje zamierzenia i stłumiły brutalnie moje szlachetne i ambitne plany wyprawowe. Udało mi się tylko na początku lipca pokajakować parę dni w Kanadzie na rzece Peace River, gdzie przepłynąłem samotnie od miejscowości Fort St. John do Peace River. Z wielkim bólem w sercu opuszczałem wtedy tą dziką rzekę, na której nie spotkałem ludzi a tylko wilki i niedźwiedzie. Wróciłem do Polski, jednak cała sytuacją czynników odgórnych sprawiła, że pod koniec sierpnia znowu miałem możliwość wyruszenia na krótką wyprawę. Wybór padł na wyspę Bornholm - niedaleko, w miarę tanio i na morzu. Na wyprawę wziąłem mego brata rodzonego Artura i Piotrka Mozyro. Celem, który postawiliśmy przed naszą ekspedycją jest opłynięcie dookoła kajakami tej pięknej wyspy. Droga nasza na Bornholm przebiegała w sposób następujący. Starym moim samochodem „Oplem Astra” dość mocno obładowanym przez nas, dwa składane kajaki i inny ekwipunek niezbędny do wyprawy wyruszyliśmy 21 VIII 2004 r. z Sokółki przez Giżycko (gdzie wzięliśmy Piotrka) do Kołobrzegu. W mieście tym zostawiliśmy na parkingu samochód i następnie o godz. 6.30 rano 22 VIII 2004 r. wsiedliśmy na pokład promu, który zmierzał z Kołobrzegu do miasta Nexo, położonego na południowo-wschodnim wybrzeżu wyspy Bornholm. W czasie naszej przeprawy promowej, która trwała ok. 6 godz. Bałtyk był trochę wzburzony. Było od 6 do 7 w skali Beauforta. W związku z tym byłem trochę zmartwiony o czystość naszego ekwipunku, który leżał na pokładzie blisko toalety, co było niefortunnym jego umiejscowieniem, bowiem prawie wszyscy turyści na promie opróżniali zawartości swoich żołądki w niespodziewanym ataku choroby morskiej. Na szczęście tylko jeden nasz pakunek zmoczyły troszeczkę czyjeś płyny wewnętrzne, reszta była uratowana, czyli czysta. Po dopłynięciu do Nexo przenieśliśmy nasz ekwipunek do portu jachtowego, który znajdował się bardzo blisko przystani promowej, złożyliśmy kajaki, władowaliśmy jedzenie i inny sprzęt do ich wnętrz i  ok. godz. 16.30 wyruszyliśmy „via !!!” w nasz rejs dookoła Bornholmu.

Artur i Piotrek płyną w starym trzyosobowym kajaku rosyjskim, który ma już na swym koncie wiele wspaniałych wypraw i tysiące kilometrów za sobą (Lena w 2003 r., Alandy w 2002 r., Krym i Bajkał w 2001 r.). Jest on już „weteranem”, ale jest zarazem sprawdzony w wielu już warunkach wodnych. Jego wygląd i łaty na burtach wybitnie świadczą o jego ekspedycyjnych bojach. Ja natomiast płynę sam w nowym kajaku „Ładoga II” firmy rosyjskiej, „Triton”, który kupiłem parę miesięcy temu. Jest to prawdopodobnie aktualnie najdłuższy dwuosobowy składany kajak na świecie (6 m. długości i 80 cm szerokości). Jestem bardzo ciekawy, jak będzie on sobie radził na morzu, a szczególnie w trudnych sztormowych warunkach.

Wypływając z portu jachtowego w Nexo zauważyliśmy wśród wielu jachtów głównie z banderami krajów skandynawskich także polski jacht „Antiqa”. Wiatr mieliśmy dość silny wiejący z południowego-zachodu. Postanowiłem spontanicznie, kierując się warunkami wietrznymi dnia dzisiejszego, że nasze opływanie Bornholmu zaczniemy od obrania kursu na północ wyspy, czyli odwrotnie do wskazówek zegara. Pierwsze momenty płynięcia to radość z wiosłowania oraz euforia kontaktu z morzem. To było to czego brakowało mi szalenie od wielu miesięcy dla uzyskania spokoju ducha. Fale, wiatr, bezkres morza – smak wolności i przygody. Kajak mój płynął dobrze, z wyjątkiem tego, że nie wziąłem na wyprawę do niego steru, przez co miałem kłopoty przy silnym wietrze z jego równym prowadzeniem do wyznaczonego celu. Parę razy przy robieniu „ścinki” wyszedłem zbyt daleko w morze, gdzie wiatr i fale były większe. Mimo największych chęci, sił włożonych w wiosłowanie nie potrafiłem utrzymać kursu w linii prostej do wyznaczonego celu. Kajak mój był trochę niesterowny przy tym silnym bocznym wietrze i fali. Coraz bardziej byłem spychany w morze. W sytuacji tej nie pozostawało mi nic innego, jak tylko ustawić się prostopadle, dziobem pod falę i płynąć prawie do samego brzegu, gdzie wiatr tak nie wiał, przez co robiłem nie potrzebne kilometry. Jeśli zaś chodzi o Artura i Piotrka poruszali się dość sprawnie w tych warunkach. Jedynym ich kłopotem było szybkie nabieranie wody do swego kajaka, na skutek fal, które przelewały się od czasu do czasu przez ich kajak, pryskania wiosłami, oraz pewnie też od starości „weterana”. Mimo jednak drobnych trudności płynęło się nam bardzo fajnie. Kiedy już zaczynało ciemnieć znaleźliśmy wśród małych skalistych klifów maleńką zatoczkę w zaciszu której rozbiliśmy na półce skalnej nasz namiot. Nad nami migotały tysiące gwiazd, zaś szum morskich fal nucił nam swoją kołysankę, która szybko nas pogrążyła w zdrowym śnie.

Płynęliśmy w tym dniu ok. 4 godz.

 

23 VIII 2004 (55°17'48 N, 014°45'45 E)

Zbudziły mnie promienie słoneczne, które przebijały się przez ścianki namiotu. Wykąpałem się w małej zatoczce, nurkując podziwiałem się jej podwodny świat. Woda nie była zbyt ciepła, tak więc trudno było zbyt długo w niej wytrzymać, ale mimo to warto było przez chwilę popodziwiać ten głębinowy świat.

Nie śpieszyliśmy się ze startem na wodę rozkoszując się urokami naszej samotnej skalistej zatoczki w świetle pięknego poranka. Wypłynęliśmy ok. godz. 12.00. Mieliśmy silny wiatr z północnego-wschodu. Kurs obraliśmy na miejscowość Gudhjem. Z wiatrem wiejącym prawie prosto w twarz bardzo wolno poruszaliśmy się do przodu. Mój kajak pokonywał fale bez żadnych przeszkód. Woda od czasu do czasu przelewała się po wierzchu kajaka, ale był on zbyt długi i szczelnie zakryty, aby coś do niego weszło. Gorszą sytuację mieli Artur i Piotrek. Kajak ich cięższy, krótszy i dziób jego wchodził głęboko w wodę. W związku, z czym nie mogli płynąć zbyt szybko, bowiem zbyt dużo wody wchodziło im do kajaka. Artur, który siedział na  przodzie kajaka był całkowicie mokry. Piotrek od czasu do czasu wylewał wodę z kajaka w trakcie płynięcia. Po ok. 4 godzinach wiosłowania dotarliśmy do Gudhjem. Zrobiliśmy tam krótki odpoczynek na klifach za miastem i ruszyliśmy dalej. Wiatr popołudniowy nie był już tak silny, wobec czego morze już tak nie falowało. Spokojnie płynęliśmy do najbardziej na północ wysuniętego punktu Bornholmu. Po naszej lewej stronie roztaczały się w oddali na brzegu małe miasteczka i małe klify tego północno-wschodniego wybrzeża wyspy. Przy zachodzącym słońcu minęliśmy najbardziej skrajny północny punkt Bornholmu. Namiot rozbijaliśmy już prawie w ciemnościach na jakimś bardzo małym skrawku zielonej łączki otoczonej dookoła małymi klifami i głazami, już na północno-zachodnim wybrzeżu wyspy w okolicy zwanej Hammeren.

            Wiosłowaliśmy dzisiaj sumie ok. 7,5 godz.

 

24 VIII 2004 (55°04'12 N, 014°44'00 E)

       Budzi nas silne poranne słońce. Powoli pakujemy się i wyruszamy w dalszy rejs. Po ok. 20 minutach od startu wyłaniają się przed nami cudowne klify. Przepiękne bryły skalne, pionowo wiszące nad wodą, poszczępione od wiatrów sztormów witają nas w blasku promieni słonecznych. Płyniemy bardzo wolno prawie koło samych klifów podziwiając te cuda natury. Od czasu do czasu wpływamy w skalne zatoczki między ostrymi klifami. Szum fal, strome ściany skał rzeźbione tysiącami lat przez morskie żywioły – to jest to. Jednym słowem pięknie. Na jednym wzgórzu w oddali widzimy dostrzegamy ruiny starego zamku. Podpływamy do niego. Spostrzegamy na dole jakąś małą jaskinię wśród klifów. Wpływamy w nią. Niestety nie ma ona jakiegoś podziemnego połączenia z zamkiem. Po południu wiatr zmienia kierunek. Zaczyna nam wiać prawie prosto w twarz. Bardzo ciężko jest nam poruszać się do przodu. Fale na tyle są wysokie, że wystarczą, aby raz po raz rozbijać się o mój tors. Gorszą sytuację ma kajak Artura i Piotrka, który powoli, systematycznie napełnia się im wodą. Piotrek wylewa, więc co chwila wodę z niego, a Artur w tym czasie wiosłuje do przodu. Z moim kajakiem natomiast nie jest tak źle. Bardzo ładnie płynie w takich warunkach. Od miejscowości Hasle krajobraz zaczyna się zmieniać. Staje się coraz bardziej płaski. Znikają klify, pojawiają się piaszczyste plaże. Piotrek w trakcie płynięcia podpierając się o starą drewnianą lewą burtę kajaka łąmie ją. Kajak ich jest już nieźle dobity. W czasie krótkiej przerwy na jakiejś plaży dostrzegam w ich kajaku parę dziur. Jednym słowem jest on już kajakiem „weteranem” w pełni tego słowa znaczeniu. Około godz. 20.00 zarządzam lądowanie na jednej z plaż. Robi się już dość ciemno. W oddali widać czarne chmury z piorunami idące w naszym kierunku. Rozbijamy namiot.

            Wiosłowaliśmy dzisiaj ok. 7 godz.

 Ok. godz. 22.00 weszła na nas pierwsza dawka deszczu. Lało całą noc, czasami dość intensywnie. Piotrek miał pecha. Po jego stronie namiotu, w której drzemał utworzył się mały strumień, który zrobił mu pobudkę w środku nocy. Śpiwór Piotrka był mokry. Piotrek został zmuszony poprzez sytuację do wyjścia z namiotu i lepszego uszczelnienia namiotu od jego strony od deszczu. Dałem mu swego polara, aby nie zmarzł zbyt w nocy.

 

25 VIII 2004

       Rano nadal sztorm. Ciemne chmury wędrują z północnego zachodu. Na morzu zbyt silny wiatr i wielkie, częste białe grzywacze z hukiem łamiące się koło brzegu. Warunki są zbyt poważne, aby ryzykować wypłynięcie, szczególnie jeśli chodzi o „weterana”. Czekamy na zmianę pogody. Jesteśmy rozbici na piaszczystym małym cypelku, ok. 4 km. za największym miastem na Bornholmie – Ronne. W oddali widać wejście do portu do tego miasta. Bardzo niedaleko nas znajduje się lotnisko, bowiem samoloty od czasu do czasu przelatują bardzo nisko nas naszymi głowami.

 

26 VIII 2004

            Nadal sztorm. Ciemne chmury wciąż wędrują nad nami. Warunki morskie podobne do wczorajszych – huk białych fal i silny wiatr. Ciężko jest mi już usiedzieć w namiocie, bowiem na mój gust da się od biedy płynąć w takich warunkach. Jednak problemem jest kajak Artura i Piotrka. „Weteran” jest trochę dziurawy, ma połamaną jedną burtę i pewnie już przy starcie bardzo szybko mógłby pójść na dno. Nie chcę ryzykować zbyt ich bezpieczeństwa, dlatego nadal czekamy, choć z drugiej strony chciałobym mocno już z znowu być na wodzie.

            Po południu dla urozmaicania sobie czasu wymyśliliśmy sobie grę w golfa plażowego. Jako piłeczka służył kamień, zaś do uderzenia jego znaleźliśmy jakiegoś rybackiego drągala, który służył wcześniej jako boja. Oczywiście w mistrzostwach tych mistrzem został kapitan.

 

27 VIII 2004

       Nadal sztorm, chociaż rano fale i wiatr wydają się mi być trochę mniejsze. Decyduję się na start. Ok. 8.00 godz. karzę chłopakom pakować się do wypłynięcia. Pierwsi startują Artur i Piotrek, bowiem to od ich powodzenia przeprowadzenia „weterana” przez przybrzeżne fale i dalszego utrzymania się na wodzie w takich warunkach będzie zależało nasze płynięcie do przodu. Fale przelewają się po Arturze i Piotrku. Woda z kolejnej uderzającej fali raz po raz wypełnia ich kajak. Kiedy myślałem już, że prawie się im udało, widzę, jak ok. 20 m. od brzegu nie wiadomo mi dlaczego odwracają nagle swego „weterana” bokiem do spadającej białej grzywy. Udaje się im utrzymać jeszcze na wodzie po tym uderzeniu. Niestety druga fala bez większych problemów pochłania ich wywracając do góry dnem ich kajak. Wynorkowują spod wody. Na szczęście woda tam nie jest jeszcze zbyt głęboka, sięga im tylko po szyje. Ciągną przewrócony kajak do brzegu. Pomagam im szybko wypakować zawartość kajaka z ich rzeczy i wody. Okazuje się, że nic z ekwipunku nie zatonęło. Chłopcy opowiadają mi, że przechodząc przez kolejne białe grzywacze ich kajak nabierał coraz więcej wody do swego wnętrza. W końcu było jej tak dużo, że postanowili zawrócić do brzegu. W trakcie zawracania boczna fala ich uderzyła i wywróciła. Po tej pierwszej nieudanej próbie startu chciałem, aby chłopaki spróbowali jeszcze raz, bowiem na mój gust to odwrócenie się burtą do fal niedaleko od brzegu było główną przyczyną porażki, a nie woda, którą mieli w kajaku. Niestety w trakcie przygotowania się do następnej próby zaczęły się bardzo szybko pogarszać warunki atmosferyczne. Zrobiło się dość chłodno, wiatr zaczął mocniej wiać i morze bardzo szybko usiało się gęstymi dużymi białymi falami. Postanowiłem, więc bez wahania znowu rozbić namiot na tym samym miejscu, gdzie był rozbity przez ostatnie dni. Po popołudniu zrobiło się jeszcze chłodniej, zaczął padać deszcz, a grzywiaste fale przeszły jeszcze w silniejszy sztorm, niż był w ostatnich dniach. Pod wieczór tak się wszystko rozszalało, że fale zatrzymywały się prawie przed samym namiotem. Zrobiliśmy z kamieni i piasku małą ochroną fosę koło namiotu, w obawie przed jeszcze większymi falami.

            Kiedy wreszcie skończy się ten sztorm? Mija już 3 dzień, jak nie możemy wypłynąć.

 

28 VIII 2004

       W nocy był bardzo silny wiatr. Za ścianek namiotu słychać było wycie wiatru i huk rozbijających się blisko nas fal. Rano nadal wiało, jednak siła sztormu osłabła. Sytuacja przedstawiała się podobnie jak w poprzednich dniach. Ciemne chmury wędrujące nad naszymi głowami, białe grzywacze fal i mocny wiatr. Wyglądało to tak, jakby ten sztorm miał się nigdy nie skończyć. Nie miałem już sił, aby przesiedzieć znów kolejny dzień w oczekiwaniu na przejście tego sztormu, który prawdopodobnie będzie trwał jeszcze wiele dni. Zbudziłem chłopaków kazałem się im pakować. Po ich twarzach widziałem, że są niezbyt chętni do startu. Sceptycznie patrzyli na ten pomysł. Tym razem jednak bardzo mocno chciałem, aby się wszystko udało pomimo białych grzywaczy. Przygotowaliśmy oba kajaki do wypłynięcia. Artur i Piotrek weszli do swego kajaka. Szczelnie pozamykali wszystkie szczeliny z góry. Ja w tym czasie stałem w wodzie próbując utrzymać ich kajak dziobem do fal. Czekaliśmy przez jakiś moment na moment najbardziej odpowiedni, aby móc się w miarę szybko i bezpiecznie przebić się przez łamiące się ok. dwumetrowe ściany grzywaczy. W końcu wypchnąłem ich dając sygnał do startu. Chłopaki wiosłowali, co sił w rękach, byle tyle znaleźć się jak najszybciej za strefą spadających ścian wody. Moment był wyśmienity. Krótka chwila ciszy. Udało się. Żaden większy grzywacz ich nie uderzył. Z odległości ok. 50 m. dali mi sygnał, że wszystko „okey”. Teraz była kolej na mnie. Wszedłem do mego kajaka. Założyłem bardzo szczelnie fartuch i ruszyłem „wpierod” na żywioł. Nie czekałem i nie dbałem o odpowiedni moment do startu. Byłem pewien, że mój sześciometrowy kajak przejdzie te łamiące się „dwumetrówki” bez większych przeszkód. Uderzyły we mnie cztery razy potężne ściany wody. Woda przelewała się przeze mnie i kajak. Zgodnie z moimi przewidzeniami mój kajak bez większych problemów pokonał tę barierę. Byłem szczęśliwy, że się nam udało wreszcie wystartować, przebić się przez tą białą barierę, ale to był dopiero początek. Przecież warunki są sztormowe. Ruszyliśmy do przodu. Płynąłem bardzo niedaleko kajaka Artura i Piotra, bowiem warunki były poważne. Ruchome trzy, czterometrowe pagórki fal to wyrzucały nas na swoje szczyty to rzucały na swoje dno. Woda bardzo często przelewała się przez główny fartuch mojego kajaka i od czasu do czasu uderzała we mnie. Było to spowodowane faktem, że kajak mój nie posiada żadnych burt, ale fakt ten wcale nie osłabiał walorów tego sprzętu. Wiatr wiał z północnego zachodu, dzięki czemu w miarę sprawnie poruszaliśmy się do w kierunku południowego skrawku Bornholmu. Warunki naprawdę były ciężkie. Nie było żadnej mowy o uwieńczeniu tych chwil na kamerę lub kliszę aparatu fotograficznego. W trakcie płynięcia zdjąłem na bardzo krótką chwilę przód mego fartucha w celu wyjęcia spod nóg batonika „sinikersa”. Nagła niespodziewana fala uderzyła we mnie wchodząc szczodrze przez ten otwór do wnętrza mego kajaka. Miałem nauczkę, że w takich warunkach nie można się bawić zbyt w otwieranie choćby na chwilę luku od fartucha. Artur i Piotrek mają w swym kajaku drewniane burty, dzięki czemu nie przelewa się po ich górze kajaka zbyt często woda. Muszą bardzo natomiast uważać, aby nie dać się zaskoczyć jakiemuś z znienacka grzywaczowi. Do tego kajak ich jest już prawdziwym „weteranem” i dość szybko gromadzi w sobie wiele wody. Piotrek od czasu do czasu wylewa z niego parę litrów wody, podczas gdy Artur czuwa nad dobrym prowadzeniem kajaka. Płynę jednak bardzo blisko ich gotowy w razie czego przyjść im z pomocą. Najgorsze do pokonywania są miejsca niedaleko półwyspów, bowiem wiatr i fale są tam największe. Wiedziałem, że musimy płynąć bez odpoczynku aż do samego południowo-zachodniego krańca wybrzeża Bornholmu. Warunki są takie, że nie mamy żadnych szans na wcześniejsze wyjście na ląd i odpoczynek, zanim nie osiągniemy południowo-wschodnią część Bornholmu, chowając się w ten sposób od sztormu. Dotarcie do tego najbardziej skrajnego południowego punktu wyspy zajęło nam w tych warunkach ok. 4 godz. Po wpłynięciu na wschodnie wybrzeże Bornholmu fale stały się dużo mniejsze i siła wiatr wyraźnie osłabła. Wszyscy chcieliśmy odpocząć, ale z nawyku wytyczałem na miejsce odpoczynku półwysep, który był oddalony od nas jeszcze ok. 4 km. Po dopłynięciu tam odpoczęliśmy ok. 10 min. W trakcie krótkiego odpoczynku mieliśmy dylemat, czy biwakować na tym miejscu całą noc, czy też płynąć dalej. Była godzina 16.00 i do promu, który odpływał z Nexo do Kołobrzegu mieliśmy jeszcze jedną godzinę lub półtora. Nikt z nas nie pamiętał dokładnej godziny wypłynięcia promu do Polski. W oddali widniała jakaś miejscowość. Nie byliśmy jednak do końca pewni, czy to Nexo, czy też nie. Zdecydowałem jednak, że ryzykujemy, płyniemy, spróbujemy zdążyć na prom. Do miejscowości tej mieliśmy ok. 50 minut wiosłowania. Wpłynęliśmy do niej ok. 17.05. Wpływając do portu ujrzałem polski prom zakotwiczony jeszcze w nim. Podpłynąłem do niego. Jakiegoś starszego pana stojącego na nabrzeżu spotkałem, o której dokładnie godzinie wypływa ten prom? Odpowiedział mi, że za 20 minut. Dodał, że jest to już ostatni prom, który płynie w tym sezonie do Kołobrzegu. Akcja potoczyła się błyskawicznie. Wysłałem Piotrka do kapitana promu z zapytaniem, czy weźmie na pokład całe niezłożone kajaki? Piotrek wrócił biegiem oznajmiając nam, że tak. Wyjęliśmy kajaki z wody, przenieśliśmy do burt promu. Z pomocą bardzo kulturalnej i uczynnej załogi promu wpakowaliśmy nasze kajaki i bagaże na drugie piętro promu. Byliśmy prawie cali mokrzy od stóp do głowy, od siedzenia w wodzie, która zapełnia dość obficie nasze kajaki w dniu dzisiejszym, jak i fal, które pryskały nas z góry podczas wiosłowania. Wyglądaliśmy, więc dość egzotycznie: mokrzy brudni, nieogoleni. Urzędnik duński kontrolujący paszporty nie chciał nawet oglądać naszych paszportów wpuszczając nas bez żadnej kontroli na pokład promu.

            Nie wiem, nie wszystko się mieści w naszej racjonalności. Całe to zdarzenie z naszym przejściem sztormu i zdążeniem na prom można różnie interpretować: przypadek, cud. Wszystko zależy od naszych aksjomatów pierwotnych, według których patrzymy na rzeczywistość. Człowiek próbuje zrozumieć otaczającą rzeczywistość. Odczytać jej znaczenie. Znaczenie świata, jak i swego życia. Dla mnie wyprawa na Bornholm to czas odpoczynku – rekolekcji. Znowu namacalnie odczułem Opatrzność Bożą w mym życiu. Wiara daje inne spojrzenie na świat i swoje życie. Przypadek jest chyba tylko naszą niewiadomą widzianą przez okulary naszego obramowanego rozumu. U Stwórcy całego wszechświata, który tak niesamowicie i tak arcy-racjonalnie uczynił wszechświat, że wszyscy myśliciele, naukowcy, krok po kroczku brodzą w historii myśli ludzkiej, aby odczytać małe skrawki jego tajemnicy nie ma przypadków. Przypadek jest tylko naszą nieznajomością. Największemu Sponsorowi, który udzielił nam wszystkich niezbędnych środków do realizacji i przeżycia tej wspaniałej przygody Bornholmskiej składamy nasze szczere ukłony i podziękowania.

 

                                                                                      X Darek

 

                                        Artur Sańko © 2004   sanio@op.pl